Rozdział 1 || Lumiéres
Przeprowadzki przeprowadzkami. W swoim życiu z pewnością odbyłam ich co najmniej tuzin ze względu na posadę mego opiekuna prawnego, czyli ojca. Nie zdążę się zadomowić w jednej lokacji a już przenosimy się do kolejnej, a właściwie przelatujemy, gdyż z zawodu jest on pilotem prywatnych jednostek. Zmieniamy miejsce zamieszkania jak przysłowiowe skarpetki, jednak teraz ma się to zmienić. Osiągnęłam już pełnoletność i prawnie mogę osiąść na swoim, bez konieczności mieszkania z ojcem. Przylecieliśmy tu, do tego małego miasta, abym ukończyła edukację w miejscowym liceum i rozpoczęła naukę na uniwersytecie zlokalizowanym kilka przystanków za miastem. Ojciec zostaje ze mną na dwa dni, by pomóc mi w przeprowadzce, po czym wyrusza na służbę. Nie widzę w tym problemu, gdyż dobrze zarabia, mamy ze sobą kontakt a przez jego długie delegacje nauczyłam się jak powinnam zadbać o siebie. Zawsze mnie wspierał i spędzał ze mną każdą wolną chwilę. Zmienił swoje życie o 180°, gdy po moim wypadku matka nas zostawiła i założyła rodzinę z nadzianym typkiem, którego poznała w pracy. Nie utrzymuję z nią kontaktu, nie przez to, że mam urazę. Postanowiła swoje i swojego niech się trzyma. Zaopiekowaliśmy się sobą z ojcem i dajemy radę, więc jej osoba nie jest nam do szczęścia potrzebna. Już się z tym pogodziliśmy, mimo iż fakt odrzucenia przez matkę tak mną wstrząsnął, że na miesiąc zamknęłam się w pokoju, a na papierku od lekarza dostałam skierowanie na terapię, po dłuższym czasie zaakceptowałam to, że mnie po prostu nie kocha. Zawsze mogło być gorzej.
W wypadku brałam udział ja i moja dawna nauczycielka z Włoch. Jechałyśmy samochodem po odbiór nagrody za olimpiadę i zderzyłyśmy się z drugim pojazdem. Ona wyszła z tego jedynie ze złamaną ręką i siniakami, jednak ja uderzyłam głową w tapicerkę i zapadłam w śpiączkę na jedenaście dni, szkło rozcięło mi wargę, po której została blizna i drzwi od auta przygniotły mi nogę, którą objęła zaawansowana przeczulica na dotyk. Jak z dwoma ostatnimi byłam w stanie się pogodzić, tak po śpiączce dowiedziałam się, że matka nie chce mieć córki-warzywa i zmyła się chwilę przed dniem mojego wybudzenia. Z tym było już ciężko.
Nie byłam w stanie ukończyć odczulania na dotyk już na samym początku, gdyż uraz w głowie i odruch odsuwania nogi był tak silny, że zaczynałam się rzucać i płakać przy najdelikatniejszym dotyku. Wtedy też zamknęłam się w swoim pokoju i nie chciałam, by robili mi już krzywdę; i matka, i lekarze.
Przez częste zmiany środowiska nie miałam bliskich przyjaciół, jednak nie oznaczało to, że nie potrafię się zaaklimatyzować w nowym otoczeniu i wtopić w tłum. Szczególnie, że tu miałam osiąść na dłużej niż pięć miesięcy, co już stanowiło pewien postęp.
Od małego miałam zapewnione warunki do dobrego rozwoju zarówno psychicznego, jak i fizycznego. Przyszłam na świat we Włoszech, gdzie spędziłam większą część mojego życia, bo około dwanaście lat, po czym zaczęły się moje i ojca wędrówki po świecie za jego pracą po odejściu matki. Nauczyłam się biegle mówić po włosku, angielsku, francusku i niemiecku. Innymi językami posługiwałam się już gorzej, bo znałam zaledwie garść słów, dzięki którym mogłam chociaż zrobić zakupy w markecie. Od kiedy pamiętam uczęszczałam na zajęcia akrobatyczne i gimnastyczne, których efekty zostały do dziś, gdyż po przeprowadzkach dalej ćwiczyłam, tylko że we własnym zakresie bądź na siłowni. Nie interesowało mnie podbijanie świata pod kątem akrobatyki. Lubiłam zawody, adrenalinę, lecz nie karierę na ogromną skalę.
Matka bardzo we mnie wierzyła. Bywała na większości moich treningów, na których z nadzieją w oczach przyglądała mi się chcąc, bym obrała ten kierunek za swoją życiową ścieżkę. Szczególnie ubóstwiała kraje zachodnie, w tym Japonię. To właśnie od kwiatów wiśni japońskiej wzięło się moje imię - Cherienna. Cherry, jako angielska "wiśnia", przyszło mojej mamie od razu na myśl, gdy dowiedziała się o ciąży, więc z góry postanowiła jak będę się nazywać. Ojciec nie miał nic do gadania, gdyż gdy matka coś postanowiła, to tak musiało być. Z dumą opowiadała wszystkim genezę tego imienia i pokazywała nagrania z moich układów gimnastycznych. Byłam jej małym światełkiem. Kwestia opuszczenia mnie i ojca stanowiła wręcz rzecz niemożliwą do zaakceptowania bazując na wszystkich tych faktach. Albo na tym, że mnie urodziła i wychowała. Otwierałam i zamykałam wiele rozdziałów w moim życiu. Razem z przyjazdem do liceum Słodki Amoris historia toczyła się dalej, stanowiąc nowy początek. Tu i teraz.
Kolejne światełka na drodze otwierające furtkę.
Matka bardzo we mnie wierzyła. Bywała na większości moich treningów, na których z nadzieją w oczach przyglądała mi się chcąc, bym obrała ten kierunek za swoją życiową ścieżkę. Szczególnie ubóstwiała kraje zachodnie, w tym Japonię. To właśnie od kwiatów wiśni japońskiej wzięło się moje imię - Cherienna. Cherry, jako angielska "wiśnia", przyszło mojej mamie od razu na myśl, gdy dowiedziała się o ciąży, więc z góry postanowiła jak będę się nazywać. Ojciec nie miał nic do gadania, gdyż gdy matka coś postanowiła, to tak musiało być. Z dumą opowiadała wszystkim genezę tego imienia i pokazywała nagrania z moich układów gimnastycznych. Byłam jej małym światełkiem. Kwestia opuszczenia mnie i ojca stanowiła wręcz rzecz niemożliwą do zaakceptowania bazując na wszystkich tych faktach. Albo na tym, że mnie urodziła i wychowała. Otwierałam i zamykałam wiele rozdziałów w moim życiu. Razem z przyjazdem do liceum Słodki Amoris historia toczyła się dalej, stanowiąc nowy początek. Tu i teraz.
Kolejne światełka na drodze otwierające furtkę.
Komentarze
Prześlij komentarz